czwartek, 31 marca 2016

Od Maksa

- Maks... - usłyszałem nagle. - Dawaj to żarcie co przywiozłeś, ojciec Taigi przywiózł grilla. - uśmiechnął się pocierając dłonie.
Wstałem i podszedłem do swojego samochodu, z bagażnika wyciągnąłem pudełka z wcześniej przygotowanym mięsem.
- Tam przypadkiem nie napluliście? - spytała ta sama dziewczyna.
Wywróciłem oczami i wróciłem na swoje miejsce.
- Nie plujemy do jedzenia. - Eric zmarszczył lekko brwi po czym wrócił do poprzedniego zajęcia.
Po jakiejś godzinie część jedzenia była gotowa, zaczęliśmy jeść i zaczęła się tradycja z historyjkami. Obawiałem się, że potem każą opowiedzieć każdemu swoją historię, tak to już bywało. Nadeszła kolej na mnie.
- Szósty miesiąc, szóstego dnia, jakoś chwilę po szóstej Zobaczył ją jak stała w brudnej, rozciągniętej bluzce Uśmiech miał jak rekin i puste oczy lalki Zrobił jeszcze rundę wokół, po czym podjechał na parking Znał wszystkie zakamarki w obrębie głównych przecznic Miał niecodzienne hobby - lubił zabawy z dziećmi Miasto to śmietnik, ludzie topią się w śmieciach Nikt nie zwróci uwagi, że zniknął bezdomny dzieciak
"Cześć" - powiedział do niej swym oślizgłym głosem Nie mogła mieć więcej niż jedenaście wiosen "Co się dzieje dziecko?" - ukucnął i zagadał "Gdzie jest mama i tata, czemu stoisz tutaj sama? Deszcz pada coraz bardziej, mieszkam nieopodal Nie możesz tutaj zostać przecież jesteś bardzo młoda! Schowaj się w moim aucie, jesteś blada jak trup Możesz przecież dostać nawet zapalenia płuc!" Znów mu się udało, kolejna z wielu ofiar Pedofil, sadysta, przed niczym się nie cofał Umiał dobierać słowa, stworzyć iluzję opieki Taki psycholog-amator ze słabością do dzieci
"Wygodnie ci się siedzi? Chodź, pojedziemy do mnie Odwiozę cię z powrotem, przysięgam, że nie zapomnę!"
Dzieci są bezbronne, ciągle z tego korzystał Zwabił dziewczynkę do auta i ruszyli na piskach Ciekła mu ślina z pyska, lekko ją pogłaskał
"Nie bój się maleńka, mieszkam kawałek od miasta"
Już prawie zaczął mlaskać, mało brakowało Kiedy zmieniając biegi otarł się o jej kolano Stanął pod domem, chatę miał nie małą Nikt tu nie usłyszy krzyku, sąsiedzi nie przeszkadzają
"Chodź zrobię ci kakao" - mówił z fałszywym uśmieszkiem A w jego zepsutym sercu wrzało wszystko co grzeszne. Dość tych podchodów - wchodzi główne danie. Podszedł do niej od tyłu i mocno chwycił za ramię. Ale chwila co jest grane? Wygięła jego palec A on runął na ziemię całym swoim ciężarem Przejebane, kość przebiła skórę Nie mógł uwierzyć w złamanie, patrzył na rękę jak dureń
"Jak się z tym czujesz?" - Zapytała go jakby Przez jej struny głosowe przemawiały wszystkie diabły Nagły przypływ bólu szybko w panikę się zmienił Ślizgając się po posadzce próbował wstać z ziemi "Nie myśl, że uciekniesz, zabawę mamy świetną" Oczy małej dziewczynki płonęły niczym piekło "To nie jest zwykłe dziecko!" znów chciał się podnieść Z wrażenia na jej widok opróżnił pęcherz w spodnie Zaczął skomleć i się modlić
"Mario przenajświętsza Pani"
Ona szybko mu przerwała - "Boga nie ma tutaj z nami! Zanim zdechniesz kundlu i wyssę z ciebie duszę Dołożę wszelkich starań, żebyś cierpiał jak najdłużej Jestem duchem twoich ofiar, jestem piekielną karmą Jestem twym najgorszym wrogiem, możesz mówić na mnie Ario"
Zdarł sobie gardło, krzyczał kilkanaście godzin Kiedy łamała mu nogi, patrzył w jej czerwone oczy Nawet próbował się bronić, wyciągnął z kurtki kastet Ona śmiejąc się do łez zgniotła mu pięść na miazgę "Ty błaźnie żałosny bawi mnie twój opór" Jej małe pięści rozstrzaskały mu twarz jak obuch Opluł się krwią, ciągle wołając pomocy A ciało dziewczynki weszło w stan dziwnej metamorfozy Oczy płonęły nadal, lecz nagle światło zgasło I tylko księżyc słabo oświetlał pokój spod zasłon Coś padło na podłogę, coś przewracało krzesła Coś wiło się na ziemi i nie potrafiło przestać Nagle cisza "Może odeszła i już jej nie ma?"
Słyszał tylko swój oddech i przedwojenny zegar Zaczął grzebać w kieszeniach zdrową ręką panicznie Aż znalazł i odpalił ozdabianą zapalniczkę
"To niemożliwe!" rzucił widząc oświetloną strzygę Niezgrabny twór, coś na wzór Beksiński plus Giger Patrzyła na niego chciwie wywijając ogonem A pedofil czuł, że powoli zbliża się koniec Położyła na nim dłonie, białe, pokrzywione palce Obwąchała go całego siadając na jego klatce Odpuścił sobie walkę, kiedy otworzyła paszczę I posapując zatopiła zęby w jego czaszce Nieznacznie jęknął, szczęka mu opadła Miał wzrok jak krowa próbująca wyjść z bagna Krwawa masakra to było okropne Policja zamiast worka na zwłoki przyniosła zmiotkę. - opowiedziałem to, co opowiadała mi kiedyś siostra gdy potajemnie spotykaliśmy się na mieście, co wypowiedź starałem się zmieniać głos aby dodać lepszego efektu.

?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz